Witam was w nowym roku i ciekaw jestem, co nam on przyniesie, a szykują się ponoć wieeelkie zmiany na “niebie” i na ziemi. Ci w niebie, obiecali nawet podnieść nam renty o całe 68 PLN. Hura! Normalnie chyba oszaleję z tej radości. Jeszcze od nikogo, nie dostałem takiego prezentu :P. Nic to! Mimo wszystko, mam nadzieję, że jakoś dożyjemy do 21 grudnia, kiedy to wedle majów, ma nastąpić koniec świata :P. Rysują nam się bardzo ciekawe perspektywy :P. A my z Kasią, nasz koniec roku, spędziliśmy w Szczawnicy. Mówię wam, kiedy ostatni raz byliśmy w szczawnicy przejazdem, było to małe niepozorne miasteczko,niczym nie wyróżniające się z pośród innych małych miasteczek w pieninach. Dzisiaj, Szczawnica, to już zupełnie inna bajka. Dzisiaj, to miasteczko, zyskało inny image, a wszystko to zapomocą szanownej unii europejskiej. A żeUnia za tym wszystkim stoi, widać na każdym kroku ponieważ, każdy niemal obiekt który w Szczawnicy powstał z unijnych funduszy, posiada emblemat, informujący o sponsorze niniejszego. Teraz, dzięki Unii w szczawnicy powstał świetny obszar do wypoczynku, spacerów i wszelkiego rodzaju rekreacji. Teraz, szczawnica, to prawdziwy kurort. Osoby starsze, mają tam teraz świetne pole do tego, aby wyjść sobie na spacer wzdłuż obu brzegów rzeki, a idąc deptakiem rozciągającym się właśnie w powyższy sposób, można w razie zmęczenia, usiąść na mnóstwie ławek i po oddychać świeżym, górskim powietrzem oraz, po podziwiać wspaniałem widoki których w Szczawnicy nie brakuje. Nie ma się co rozwodzić. Najlepiej samemu tam pojechać i przekonać się o tym, na własne oczy. My, wyjechaliśmy z wrocławia 30stego grudnia rano i już około 18stej byliśmy na miejscu. Wróćmy jednak do samego początku. Pewnego grudniowego dnia, Kasia, zakomunikowała mi, że tego Sylwestra, chciałaby spędzić w nieco innych okolicznościach, niż domowe pielesze. Nie pamiętam kto wymyślił cel naszych sylwestrowych “szaleństw”, dość, że zrodził się skąś pomysł i został zrealizowany. Jeszcze długo przed sylwestrem, zadzwoniła do mnie Kasia: “Cześć:” no co tam Kasieńko? “Poszukaj jakiegoś taniego noclegu w Szczawnicy”. Ok. Po krótkich poszukiwaniach, znalazłem nocleg za 60 PLN za pokój. Kasia, jak się okazało, również szukała noclegu i także natrafiła na tą samą ofertę. (niech żyje telepatia) Cześć Kasieńko! “No cześć. Znalazłeś coś?” No pewnie, że znalazłem i nawet już tam dzwoniłem. Przedstawiłem Kasi ofertę. “Wiesz co? Ja też znalazłam to ogłoszenie i zastanawiałam się nad nim”. Powiedziała Kasia. Wiesz co? jak chcesz, to mogę się jeszcze rozejrzeć za innymi ogłoszeniami, zaproponowałem. “Nie, myślę, że nie ma co szukać, bo i tak to ostatni dzwonek, żeby się gdzieś zakwaterować” powiedziała Kasia i stanęło na wspólnej decyzji co do naszego noclegu. A nocleg nasz, wypadł w willi “Oczko”. Mimo skromnych wnętrz tej willi, polecam wam to miejsce z dwóch powodów. Po pierwsze, pani Alina, to przemiła osoba i chętna do wszelkiej pomocy jeśli takowej będziecie potrzebować. Po drugie willa, położona jest w doskonałym miejscu z widokami jakich nie powstydziłoby się żadene uzdrowisko. A szczawnica, to przecież uzdrowisko no nie? Ponad to, okna pokoji, wychodzą na kolejkę linową i na plac, gdzie można nie wychodząc z pokoju, obserwować imprezy odbywające się przy tejże kolejce i przy okazji, można podziwiać z balkonów wspaniałe pieniny. Dostaliśmy pokój na piętrze i okazało się, że nasz pokój, jest dośc przytulny i właśnie taki, o jakim myśleliśmy. W pokoju, znajdowała się dwóosobowa wersalka, stół z trzema krzesłami, Telewizor, a ponad to, w pokoju, był pełen węzeł sanitarny. Wymarzony wręcz pokój na Sylwestra. Willa w naszym przypadku i w przypadku lokatorów mieszkających razem z nami na piętrze, miała jeden podstawowy minus, choć ten kiedy trzeba było, udało się nam jakoś rozwiązać na czas naszego pobytu tam. Minusem było to, że willa posiadała trzy piętra, ale dwa normalne, a jedno takie jakby w piwnicy i na te trzy piętra, była tam tylko jedna kuchnia i to właśnie na tym najniższym poziomie. Zatem my, mieszkający na samej niemal górze, aby zrobić sobie herbatę i chcąc ją wypić w pokoju, musieliśmy biegać te trzy piętra w dół do kuchni i spowrotem. Istniała wprawdzie opcja wypicia kawy czy herbaty na dole gdyż, było tam coś w rodzaju jadalni, ale kawa w pokoju, to kawa w pokoju. Zamierzaliśmy skorzystać z jadalni na dole, jednak w ostateczności, Kasia, śmiejąc się do mnie, że schudnie, biegała wte i wewte z naczyniami :). Jak już pisałem, na to też znaleźliśmy sposób. W ogromnej kuchni, były dwa czajniki. Niestety w pokojach czajników nie było. Otóż: jak wspomniałem, w kuchni były za to dwa i jak po dłuższych obserwacjach, Kasia zauważyła, lokatorzy korzystali tylko z jednego czajnika. Zapytacie zapewne dlaczego? Hmm: sprawa z czajnikami miała się tak, że jeden był większy, a drugi mniejszy i ten mniejszy, wolniej się nagrzewał a przez to, dłużej trzeba było czekać na wrzątek. Dlatego, niemal nikt go nie używał, a znami w tej willi, mieszkały także rodziny z dziećmi. Nikomu więc, nie chciało się czekać i wszyscy wybierali czajnik większy i szybszy. W związku z tym, Po dłuższym zastanowieniu, zabraliśmy sobie mały czajnik do nas do pokoju i tym sposobem, nie musieliśmy biegać po piętrach i mogliśmy spokojnie usiąść do stołu w sylwestra. Kiedy wysiedliśmy z autobusu w Szczawnicy, zastanawialiśmy się, w którą stronę się zwrócić, ale znając adres, z pomocą przyszedł nam GPS i sprawdzone już mapy ovi. Nie szukaliśmy długo, a kiedy dotarliśmy do willi, okazało się, że w budynku na pierwszy rzut oka nie ma nikogo, a na drzwiach wewnętrznych, wywieszono karteczkę: “W sprawie pokoji, dom wcześniej”. Wyszliśmy więc na zewnątrz i skierowaliśmy się do rzeczonego domu wcześniej. Nie uszliśmy nawet kilku metrów, kiedy na przeciw nas, ukazała się kobieta i zbliżyła się do nas. “Państwo do mnie”? zapytała z uśmiechem. “Tak” odpowiedziała Kasia. “Właśnie wybierałam się do córki i zauważyłam was”. Powiedziała kobieta i wróciliśmy do willi. Pani Alina, bo ona to właśnie była, zaprowadziła nas do naszego pokoju. “Rozliczymy się teraz”? Zapytała Kasia. “Nie, nie śpieszy się. może jutro”? Zaproponowała pani Alina. Przystaliśmy na jej propozycję i sprawa finansowa poszła w tymczasową niepamięć. “Chciałam państwu powiedzieć, że wszystko, cała impreza, odbywać się będzie tam”, powiedziała pani Alina, pokazując na balkon i dodała pokazując ciągle na balkon: “Będziecie mieli wszystko jak na dłoni. Scena jest na przeciwko więc będziecie wszystko widzieć i słyszeć, nie wychodząc z pokoju”. Kiedy nadszedł ostatni dzień 2011 r. i zbliżała się godzina imprezy, rzeczywiście, bardzo głośno i wyraźnie, usłyszeliśmy, jak technicy przygotowują sprzęt grający. “Rzeczywiście wszystko będzie słychać” Zauważyła Kasia, wychodząc na balkon. “Tylko scenę zasłania drzewko”. I co? nie widać sceny? zapytałem. “Coś widać, ale trzeba patrzeć pod pewnym kontem”. “Ale ognie o pułnocy, będzie widać świetnie”. Stwierdziła. Przed wyjazdem, kupiłem szampana a Kasia zadbała o nasze wyżywienie i do Wrocławia przyjechała z wypchanym bagażem, który zaraz przepakowaliśmy na dworcu do mojego plecaka. Jak napisałem na początku, Unia zadbała w Szczawnicy o wszystko więc, kiedy postanowiliśmy nieco po zwiedzać miasteczko, okazało się, że zupełnie nie potrzebnie Kasia taszczyła ze sobą całe wyżywienie, bo wybudowano tam wielkie delikatesy, których nie było kiedy ostatnio zawitaliśmy do Szczawnicy. Oczywiście, szampan też tam był :). “Gdybym wiedziała, że są tu te delikatesy, nie brałabym ze sobą tego wszystkiego”. Powiedziała Kasia. Ja osobiście nie żałuję, ponieważ W tym co ze sobą zabrała, były m.inwłasnoręcznie przez nią zrobione paszteciki. Mniam! pycha! :). Ogólnie,na wyżywienie, nie mogliśmy narzekać, a i jeszcze zostało nam trochę. Telewizor w naszym pokoju odbierał dwa podstawowe programy ogólnopolskie. Jedynie w pokoju jadalnym, jak potem się okazało dostępne były programy satelitarne z których i tak nie korzystaliśmy, a i z tych dostępnych u nas w pokoju także. głównie do samego ostatniego dnia starego roku, przebywaliśmy poza pokojem spacerując po nowym, unijnym deptaku. “Jak w PRL’u”. zauważyła Kasia kiedy nie mogła w naszym telewizorze prócz wspomnianych programów, znaleść niczego innego. Kiedy tak spacerowaliśmy wzdłóż rzeki, Kasia nagle się zatrzymała i wpatrzyła się w coś na niebie. Co tam zobaczyłaś? Zapytałem, kiedy wpatrywała się w niebo. “Krzyż! ciekawe czy jest tam kościół, czy jest on na jakiejś górze”. Zadumała się. Kiedy Kasia zauważyła krzyż na niebie, było już dość ciemno i wspomniany krzyż, wyglądał tak, jakby po prostu był na niebie i cały się świecił. Pod krzyżem nie było widać nic. Żadnej kościelnej wieży, żadnej góry, od krzyż na niebie. (Hmm ciekawe: Kiedy jutro ten krzyż tam znowu będzie się świecić, zrób zdięcie i powiemy, że doznaliśmy objawienia). Za żartowałem. Kasia uśmiechnęła się tylko, ale rzeczywiście, następnego dnia, zabrała ze sobą aparat i kiedy krzyż znowu pokazał się na niebiee, udało jej się zrobić zdięcie. Wyglądało to niesamowicie. Taki krzyż na niebie. Po dłuższych rozważaniach, Kasia doszła do wniosku, że musi tam być jakaś góra. A może nawet ją zobaczyła. Teraz sobie nie przypomnę. Dość, że zjawisko było nieziemskie. Zwiedziliśmy oba brzegi rzeki I nastał wreszcie ostatni dzień starego roku. Scena ożyła o godzinie 21:00 Najpierw wszystko zaczęło się ogólną dyskoteką, a następnie, na scenę wyszedł zespół “Petrus”. Ci, którzy oglądają serial “Barwy szczęścia” w naszej ogólnopolskiej telewizji, powinni ten zespół kojarzyć. Grali ponad godzinę 3 razy bisując. My z Kasią, oglądaliśmy widowisko z naszego balkonu w pokoju. Dobrze nam tam było zwłaszcza dla tego, że kiedy zrobiło nam się zimno, mogliśmy w każdej chwili wrócić do pokoju nie tracąc niczego z imprezy za balkonem. A że Przy tej okazji mieliśmy jeszcze zastawiony stół frykasami, od czasu do czasu to jedno to drugie z nas, znikało w balkonowych drzwiach i wracało z czymś do jedzenia spowrotem. Cieszyliśmy się z takiego obrotu rzeczy, bo ci którzy bawili się na zewnątrz, nie mogli sobie pozwolić na taki luksus :). A w noc sylwestrową było dość zimno. Kiedy przyjechaliśmy do Szczawnicy, nie zastaliśmy ani grama śniegu, za to w sylwestra, zima spisała się na medal, choć mogło być lepiej. Po występie “Petrusa”, przemówienie wygłosił burmistrz Szczawnicy. W tym miejscu, muszę wam powiedzieć, że ludzie w Szczawnicy, albo zakupili zbyt dużo petard, albo uczcili nowy rok w każdej strefie czasowej. Pierwsze wystrzały dały się słyszeć już kilka minut przed godziną 21:00. A w tym czasie w telewizji pokazywano właśnie różnice czasowe na świecie i opóźnienia w obchodach noworocznych. Kiedy więc usłyszeliśmy pierwsze petardy, od razu nasunęły nam się takie myśli :). Za to o północy, mieliśmy przepiękny pokaz sztucznych ogni, zaprezentowany przez wynajętą firmę do tego celu. Jakoże wszystko odbywało się bezpośrednio za naszym balkonem, to widok mieliśmy pierwszorzędny, dokładnie taki, jak obiecywała nam to pani Alina. Kasia, początkowo zastanawiała się,jak te ognie uwiecznić. Czy lepiej będzie ustawić aparat na filmowanie, czy może lepiej cykać zdięcia. Ostatecznie wybrała drugi sposób ustawiając aparat na seryjne robienie zdięć i cały pokaz uwieczniła na tychże zdięciach. Było przepięknie. Pokaz trwał mniej więcej 15 minut. Po pokazie, znowu zaczęto dyskotekę, która trwała do godziny pierwszej trzydzieści. Kiedy skończył się pokaz, zasiedliśmy z kasią do naszego stołu i spałaszowaliśmy naszą “ucztę”. Przy okazji, muszę nadmienić, że niestety, nie obyło się bez małego pecha ponieważ, szampana otwierałem oczywiście ja i jak wiecie, na korku od szampana jest założony zabezpieczający pręcik, który u nasady szyjki butelki, jest skręcony w spiralkę, którą należy odkręcić i rzeczony pręcik zdiąć. Kiedy korek siedzi dobrze, to wszystko jest też dobrze i nie ma problemu, w moim przypadkum, było nieco inaczej. Przyznam, że pierwszy raz mi się to zdarzyło przy otwieraniu szampana. Kiedy brakowało do północy może 10 minut, zacząłem rozluźniać spiralkę. Siedzieliśmy wtedy jeszcze przy stole i pomyślałem sobie, że dobrze będzie właśnie nieco po luzować pręcik, żeby siępotem nie siłować z nim kiedy wszyscy już będą pić szampana. Po luzowałem go więc i zostawiłem.Kasia pamiętając poprzedniego sylwestra, kiedy to właśnie po zdięciu pręcika korek nie chciał wyjść tak łatwo, zapytała mnie: “Ile potrzebójesz czasu żeby to otworzyć? Wystarczy ci 5 minut?”. Myślę, że tak odpowiedziałem. 7 minut przed północą, wzięliśmy naszego szampana z poluzowanym pręcikiem na balkon i słuchaliśmy przemówienia burmistrza. Ja, trzymając butelkę, coraz bardziej luzowałem spiralkę. Wreszcie odkręciłem ją już zupełnie i pozostało tylko zdiąć zabezpieczający pręcik. Myślałem, że tak jak niemal zawsze, po zdięciu pręcika, korek pozostanie na swoim miejscu i kiedy będzie trzeba, wystarczy go tylko mocniej pociągnąć i wyskoczy. Z tą myślą, zdiąłem pręcik zupełnie i to był mój błąd! Korek zanim zdążyłem zareagować, wystrzelił i poleciał w nicość nocy z balkonu i tyleśmy go widzieli. Krótko mówiąc, nasz szampan, został otwarty przed czasem jakieś 6 minut, a że korek rozpłynął się jak sylwestrowy duch, musieliśmy wypić całą butelkę szampana na raz. Gdyby nie ten numer z korkiem, moglibyśmy sobie zostawić jeszcze na następny dzień, ale w tej sytuacji, myślę, że szampan dawno by do rana zwietrzał a szkoda go było. :). I tak kończy się pierwsza część naszego sylwestra w Szczawnicy.