Nasz Sylwester w Szczawnicy, 6 minut przed północą - częśćdruga

W szczawnicy po Sylwestrze, zostaliśmy jeszcze 3 dni. Ja, nie miałem w sumie do czego wracać, ponieważ firma z którą współpracowałem, nie przedłużyła umowy, a Kasia, wzięła urlop do trzeciego więc, nie było pośpiechu. Trzy dni później wyjechaliśmy ze Szczawnicy. Dzień jednak po Sylwestrze, postanowiliśmy się rozliczyć z panią Aliną. Poszliśmy w tym celu do budynku wcześniej. Weszliśmy, i tu niespodzianka: Kiedy otworzyłem drzwi, przed nami, ukazał się wąski hol, a dalej już tylko wejście do dalszej części domu. Jednak w miejscu gdzie my się znajdowaliśmy, nie było nikogo. To co robimy? Zapytałem Kasi. “Hmm: nie wiem. Przecież nie będę się wydzierać na cały dom. A może nawet tu nikogo teraz nie ma”. Odpowiedziała Kasia i zaproponowała: “Wiesz co? choćmy stąd. Wieczorem zadzwonimy do pani Aliny, niech do nas sama przyjdzie” i wyszliśmy na zewnątrz. Do naszego pokoju nie mieliśmy po co wracać, a i wracać nam się za bardzo nie chciało to też, poszliśmy nad rzekę i wróciliśmy do pokoju dopiero pod wieczór. Zadzwoniliśmy do pani Aliny. “Dobry wieczór”. Powiedziała Kasia do telefonu. “Chcielibyśmy się rozliczyć”. “Przyjdziecie? czy ja mam przyjść do was”? Zapytała pani Alina. “Proszę przyjść do nas”. Powiedziała Kasia po krótkim zastanowieniu. W krótce, usłyszeliśmy pukanie do naszych drzwi i ukazała się w nich pani Alina. Zapłaciliśmy jej za pobyt i wyszła, a my, zasiedliśmy do naszej przepysznej kolacji :). Kolejne dwa dni, Spędziliśmy na szwędaniu się po Szczawnicy. Dzień przed naszym wyjazdem, Kasia jeszcze raz sprawdziła o której mamy autobus do Krakowa i wreszcie nadszedł dzień powrotu. Kilka minut przed dziewiątą, spakowani, opuściliśmy pokój, zostawiając klucz w zamku. Przyjechał nasz autobus i po mniej więcej, dwóch godzinach, znaleźliśmy się w Krakowie. Pociąg do Wrocławia mieliśmy o godzinie: 12:49. Czas wlókł się niemiłosiernie i kiedy nadeszła godzina o której nasz pociąg powinien wtoczyć się na peron, usłyszeliśmy znajomy gąg w megafonach, a następnie komunikat: “Pociąg pośpieszny z Zamościa do zielonej góry - Hetman”, już chwytaliśmy za plecaki: “Opóźniony jest o 150 minut”. “Świetnie!” Zreplikowała Kasia. Poszliśmy więc, zobaczyć czy nie ma jakiegoś innego pociągu. Na szczęście okazało się, że za godzinę mamy pociąg do poznania i upewniwszy się, że możemy jechać na tym bilecie który zakupiliśmy, poszliśmy na peron i pozostało nam tylko czekać na pociąg do Poznania. Przyjechał wreszcie i wsiedliśmy We wrocławiu znaleźliśmy się mniej więcej o 19:30, a Kasia zdążyła jeszcze na autobus do Świdnicy i pojechała do rodziców. I tak przywitaliśmy nowy 2012sty rok..

Nasz sylwester w Szczawnicy, 6 minut przed północą :). - część pierwsza

Witam was w nowym roku i ciekaw jestem, co nam on przyniesie, a szykują się ponoć wieeelkie zmiany na “niebie” i na ziemi. Ci w niebie, obiecali nawet podnieść nam renty o całe 68 PLN. Hura! Normalnie chyba oszaleję z tej radości. Jeszcze od nikogo, nie dostałem takiego prezentu :P. Nic to! Mimo wszystko, mam nadzieję, że jakoś dożyjemy do 21 grudnia, kiedy to wedle majów, ma nastąpić koniec świata :P. Rysują nam się bardzo ciekawe perspektywy :P. A my z Kasią, nasz koniec roku, spędziliśmy w Szczawnicy. Mówię wam, kiedy ostatni raz byliśmy w szczawnicy przejazdem, było to małe niepozorne miasteczko,niczym nie wyróżniające się z pośród innych małych miasteczek w pieninach. Dzisiaj, Szczawnica, to już zupełnie inna bajka. Dzisiaj, to miasteczko, zyskało inny image, a wszystko to zapomocą szanownej unii europejskiej. A żeUnia za tym wszystkim stoi, widać na każdym kroku ponieważ, każdy niemal obiekt który w Szczawnicy powstał z unijnych funduszy, posiada emblemat, informujący o sponsorze niniejszego. Teraz, dzięki Unii w szczawnicy powstał świetny obszar do wypoczynku, spacerów i wszelkiego rodzaju rekreacji. Teraz, szczawnica, to prawdziwy kurort. Osoby starsze, mają tam teraz świetne pole do tego, aby wyjść sobie na spacer wzdłuż obu brzegów rzeki, a idąc deptakiem rozciągającym się właśnie w powyższy sposób, można w razie zmęczenia, usiąść na mnóstwie ławek i po oddychać świeżym, górskim powietrzem oraz, po podziwiać wspaniałem widoki których w Szczawnicy nie brakuje. Nie ma się co rozwodzić. Najlepiej samemu tam pojechać i przekonać się o tym, na własne oczy. My, wyjechaliśmy z wrocławia 30stego grudnia rano i już około 18stej byliśmy na miejscu. Wróćmy jednak do samego początku. Pewnego grudniowego dnia, Kasia, zakomunikowała mi, że tego Sylwestra, chciałaby spędzić w nieco innych okolicznościach, niż domowe pielesze. Nie pamiętam kto wymyślił cel naszych sylwestrowych “szaleństw”, dość, że zrodził się skąś pomysł i został zrealizowany. Jeszcze długo przed sylwestrem, zadzwoniła do mnie Kasia: “Cześć:” no co tam Kasieńko? “Poszukaj jakiegoś taniego noclegu w Szczawnicy”. Ok. Po krótkich poszukiwaniach, znalazłem nocleg za 60 PLN za pokój. Kasia, jak się okazało, również szukała noclegu i także natrafiła na tą samą ofertę. (niech żyje telepatia) Cześć Kasieńko! “No cześć. Znalazłeś coś?” No pewnie, że znalazłem i nawet już tam dzwoniłem. Przedstawiłem Kasi ofertę. “Wiesz co? Ja też znalazłam to ogłoszenie i zastanawiałam się nad nim”. Powiedziała Kasia. Wiesz co? jak chcesz, to mogę się jeszcze rozejrzeć za innymi ogłoszeniami, zaproponowałem. “Nie, myślę, że nie ma co szukać, bo i tak to ostatni dzwonek, żeby się gdzieś zakwaterować” powiedziała Kasia i stanęło na wspólnej decyzji co do naszego noclegu. A nocleg nasz, wypadł w willi “Oczko”. Mimo skromnych wnętrz tej willi, polecam wam to miejsce z dwóch powodów. Po pierwsze, pani Alina, to przemiła osoba i chętna do wszelkiej pomocy jeśli takowej będziecie potrzebować. Po drugie willa, położona jest w doskonałym miejscu z widokami jakich nie powstydziłoby się żadene uzdrowisko. A szczawnica, to przecież uzdrowisko no nie? Ponad to, okna pokoji, wychodzą na kolejkę linową i na plac, gdzie można nie wychodząc z pokoju, obserwować imprezy odbywające się przy tejże kolejce i przy okazji, można podziwiać z balkonów wspaniałe pieniny. Dostaliśmy pokój na piętrze i okazało się, że nasz pokój, jest dośc przytulny i właśnie taki, o jakim myśleliśmy. W pokoju, znajdowała się dwóosobowa wersalka, stół z trzema krzesłami, Telewizor, a ponad to, w pokoju, był pełen węzeł sanitarny. Wymarzony wręcz pokój na Sylwestra. Willa w naszym przypadku i w przypadku lokatorów mieszkających razem z nami na piętrze, miała jeden podstawowy minus, choć ten kiedy trzeba było, udało się nam jakoś rozwiązać na czas naszego pobytu tam. Minusem było to, że willa posiadała trzy piętra, ale dwa normalne, a jedno takie jakby w piwnicy i na te trzy piętra, była tam tylko jedna kuchnia i to właśnie na tym najniższym poziomie. Zatem my, mieszkający na samej niemal górze, aby zrobić sobie herbatę i chcąc ją wypić w pokoju, musieliśmy biegać te trzy piętra w dół do kuchni i spowrotem. Istniała wprawdzie opcja wypicia kawy czy herbaty na dole gdyż, było tam coś w rodzaju jadalni, ale kawa w pokoju, to kawa w pokoju. Zamierzaliśmy skorzystać z jadalni na dole, jednak w ostateczności, Kasia, śmiejąc się do mnie, że schudnie, biegała wte i wewte z naczyniami :). Jak już pisałem, na to też znaleźliśmy sposób. W ogromnej kuchni, były dwa czajniki. Niestety w pokojach czajników nie było. Otóż: jak wspomniałem, w kuchni były za to dwa i jak po dłuższych obserwacjach, Kasia zauważyła, lokatorzy korzystali tylko z jednego czajnika. Zapytacie zapewne dlaczego? Hmm: sprawa z czajnikami miała się tak, że jeden był większy, a drugi mniejszy i ten mniejszy, wolniej się nagrzewał a przez to, dłużej trzeba było czekać na wrzątek. Dlatego, niemal nikt go nie używał, a znami w tej willi, mieszkały także rodziny z dziećmi. Nikomu więc, nie chciało się czekać i wszyscy wybierali czajnik większy i szybszy. W związku z tym, Po dłuższym zastanowieniu, zabraliśmy sobie mały czajnik do nas do pokoju i tym sposobem, nie musieliśmy biegać po piętrach i mogliśmy spokojnie usiąść do stołu w sylwestra. Kiedy wysiedliśmy z autobusu w Szczawnicy, zastanawialiśmy się, w którą stronę się zwrócić, ale znając adres, z pomocą przyszedł nam GPS i sprawdzone już mapy ovi. Nie szukaliśmy długo, a kiedy dotarliśmy do willi, okazało się, że w budynku na pierwszy rzut oka nie ma nikogo, a na drzwiach wewnętrznych, wywieszono karteczkę: “W sprawie pokoji, dom wcześniej”. Wyszliśmy więc na zewnątrz i skierowaliśmy się do rzeczonego domu wcześniej. Nie uszliśmy nawet kilku metrów, kiedy na przeciw nas, ukazała się kobieta i zbliżyła się do nas. “Państwo do mnie”? zapytała z uśmiechem. “Tak” odpowiedziała Kasia. “Właśnie wybierałam się do córki i zauważyłam was”. Powiedziała kobieta i wróciliśmy do willi. Pani Alina, bo ona to właśnie była, zaprowadziła nas do naszego pokoju. “Rozliczymy się teraz”? Zapytała Kasia. “Nie, nie śpieszy się. może jutro”? Zaproponowała pani Alina. Przystaliśmy na jej propozycję i sprawa finansowa poszła w tymczasową niepamięć. “Chciałam państwu powiedzieć, że wszystko, cała impreza, odbywać się będzie tam”, powiedziała pani Alina, pokazując na balkon i dodała pokazując ciągle na balkon: “Będziecie mieli wszystko jak na dłoni. Scena jest na przeciwko więc będziecie wszystko widzieć i słyszeć, nie wychodząc z pokoju”. Kiedy nadszedł ostatni dzień 2011 r. i zbliżała się godzina imprezy, rzeczywiście, bardzo głośno i wyraźnie, usłyszeliśmy, jak technicy przygotowują sprzęt grający. “Rzeczywiście wszystko będzie słychać” Zauważyła Kasia, wychodząc na balkon. “Tylko scenę zasłania drzewko”. I co? nie widać sceny? zapytałem. “Coś widać, ale trzeba patrzeć pod pewnym kontem”. “Ale ognie o pułnocy, będzie widać świetnie”. Stwierdziła. Przed wyjazdem, kupiłem szampana a Kasia zadbała o nasze wyżywienie i do Wrocławia przyjechała z wypchanym bagażem, który zaraz przepakowaliśmy na dworcu do mojego plecaka. Jak napisałem na początku, Unia zadbała w Szczawnicy o wszystko więc, kiedy postanowiliśmy nieco po zwiedzać miasteczko, okazało się, że zupełnie nie potrzebnie Kasia taszczyła ze sobą całe wyżywienie, bo wybudowano tam wielkie delikatesy, których nie było kiedy ostatnio zawitaliśmy do Szczawnicy. Oczywiście, szampan też tam był :). “Gdybym wiedziała, że są tu te delikatesy, nie brałabym ze sobą tego wszystkiego”. Powiedziała Kasia. Ja osobiście nie żałuję, ponieważ W tym co ze sobą zabrała, były m.inwłasnoręcznie przez nią zrobione paszteciki. Mniam! pycha! :). Ogólnie,na wyżywienie, nie mogliśmy narzekać, a i jeszcze zostało nam trochę. Telewizor w naszym pokoju odbierał dwa podstawowe programy ogólnopolskie. Jedynie w pokoju jadalnym, jak potem się okazało dostępne były programy satelitarne z których i tak nie korzystaliśmy, a i z tych dostępnych u nas w pokoju także. głównie do samego ostatniego dnia starego roku, przebywaliśmy poza pokojem spacerując po nowym, unijnym deptaku. “Jak w PRL’u”. zauważyła Kasia kiedy nie mogła w naszym telewizorze prócz wspomnianych programów, znaleść niczego innego. Kiedy tak spacerowaliśmy wzdłóż rzeki, Kasia nagle się zatrzymała i wpatrzyła się w coś na niebie. Co tam zobaczyłaś? Zapytałem, kiedy wpatrywała się w niebo. “Krzyż! ciekawe czy jest tam kościół, czy jest on na jakiejś górze”. Zadumała się. Kiedy Kasia zauważyła krzyż na niebie, było już dość ciemno i wspomniany krzyż, wyglądał tak, jakby po prostu był na niebie i cały się świecił. Pod krzyżem nie było widać nic. Żadnej kościelnej wieży, żadnej góry, od krzyż na niebie. (Hmm ciekawe: Kiedy jutro ten krzyż tam znowu będzie się świecić, zrób zdięcie i powiemy, że doznaliśmy objawienia). Za żartowałem. Kasia uśmiechnęła się tylko, ale rzeczywiście, następnego dnia, zabrała ze sobą aparat i kiedy krzyż znowu pokazał się na niebiee, udało jej się zrobić zdięcie. Wyglądało to niesamowicie. Taki krzyż na niebie. Po dłuższych rozważaniach, Kasia doszła do wniosku, że musi tam być jakaś góra. A może nawet ją zobaczyła. Teraz sobie nie przypomnę. Dość, że zjawisko było nieziemskie. Zwiedziliśmy oba brzegi rzeki I nastał wreszcie ostatni dzień starego roku. Scena ożyła o godzinie 21:00 Najpierw wszystko zaczęło się ogólną dyskoteką, a następnie, na scenę wyszedł zespół “Petrus”. Ci, którzy oglądają serial “Barwy szczęścia” w naszej ogólnopolskiej telewizji, powinni ten zespół kojarzyć. Grali ponad godzinę 3 razy bisując. My z Kasią, oglądaliśmy widowisko z naszego balkonu w pokoju. Dobrze nam tam było zwłaszcza dla tego, że kiedy zrobiło nam się zimno, mogliśmy w każdej chwili wrócić do pokoju nie tracąc niczego z imprezy za balkonem. A że Przy tej okazji mieliśmy jeszcze zastawiony stół frykasami, od czasu do czasu to jedno to drugie z nas, znikało w balkonowych drzwiach i wracało z czymś do jedzenia spowrotem. Cieszyliśmy się z takiego obrotu rzeczy, bo ci którzy bawili się na zewnątrz, nie mogli sobie pozwolić na taki luksus :). A w noc sylwestrową było dość zimno. Kiedy przyjechaliśmy do Szczawnicy, nie zastaliśmy ani grama śniegu, za to w sylwestra, zima spisała się na medal, choć mogło być lepiej. Po występie “Petrusa”, przemówienie wygłosił burmistrz Szczawnicy. W tym miejscu, muszę wam powiedzieć, że ludzie w Szczawnicy, albo zakupili zbyt dużo petard, albo uczcili nowy rok w każdej strefie czasowej. Pierwsze wystrzały dały się słyszeć już kilka minut przed godziną 21:00. A w tym czasie w telewizji pokazywano właśnie różnice czasowe na świecie i opóźnienia w obchodach noworocznych. Kiedy więc usłyszeliśmy pierwsze petardy, od razu nasunęły nam się takie myśli :). Za to o północy, mieliśmy przepiękny pokaz sztucznych ogni, zaprezentowany przez wynajętą firmę do tego celu. Jakoże wszystko odbywało się bezpośrednio za naszym balkonem, to widok mieliśmy pierwszorzędny, dokładnie taki, jak obiecywała nam to pani Alina. Kasia, początkowo zastanawiała się,jak te ognie uwiecznić. Czy lepiej będzie ustawić aparat na filmowanie, czy może lepiej cykać zdięcia. Ostatecznie wybrała drugi sposób ustawiając aparat na seryjne robienie zdięć i cały pokaz uwieczniła na tychże zdięciach. Było przepięknie. Pokaz trwał mniej więcej 15 minut. Po pokazie, znowu zaczęto dyskotekę, która trwała do godziny pierwszej trzydzieści. Kiedy skończył się pokaz, zasiedliśmy z kasią do naszego stołu i spałaszowaliśmy naszą “ucztę”. Przy okazji, muszę nadmienić, że niestety, nie obyło się bez małego pecha ponieważ, szampana otwierałem oczywiście ja i jak wiecie, na korku od szampana jest założony zabezpieczający pręcik, który u nasady szyjki butelki, jest skręcony w spiralkę, którą należy odkręcić i rzeczony pręcik zdiąć. Kiedy korek siedzi dobrze, to wszystko jest też dobrze i nie ma problemu, w moim przypadkum, było nieco inaczej. Przyznam, że pierwszy raz mi się to zdarzyło przy otwieraniu szampana. Kiedy brakowało do północy może 10 minut, zacząłem rozluźniać spiralkę. Siedzieliśmy wtedy jeszcze przy stole i pomyślałem sobie, że dobrze będzie właśnie nieco po luzować pręcik, żeby siępotem nie siłować z nim kiedy wszyscy już będą pić szampana. Po luzowałem go więc i zostawiłem.Kasia pamiętając poprzedniego sylwestra, kiedy to właśnie po zdięciu pręcika korek nie chciał wyjść tak łatwo, zapytała mnie: “Ile potrzebójesz czasu żeby to otworzyć? Wystarczy ci 5 minut?”. Myślę, że tak odpowiedziałem. 7 minut przed północą, wzięliśmy naszego szampana z poluzowanym pręcikiem na balkon i słuchaliśmy przemówienia burmistrza. Ja, trzymając butelkę, coraz bardziej luzowałem spiralkę. Wreszcie odkręciłem ją już zupełnie i pozostało tylko zdiąć zabezpieczający pręcik. Myślałem, że tak jak niemal zawsze, po zdięciu pręcika, korek pozostanie na swoim miejscu i kiedy będzie trzeba, wystarczy go tylko mocniej pociągnąć i wyskoczy. Z tą myślą, zdiąłem pręcik zupełnie i to był mój błąd! Korek zanim zdążyłem zareagować, wystrzelił i poleciał w nicość nocy z balkonu i tyleśmy go widzieli. Krótko mówiąc, nasz szampan, został otwarty przed czasem jakieś 6 minut, a że korek rozpłynął się jak sylwestrowy duch, musieliśmy wypić całą butelkę szampana na raz. Gdyby nie ten numer z korkiem, moglibyśmy sobie zostawić jeszcze na następny dzień, ale w tej sytuacji, myślę, że szampan dawno by do rana zwietrzał a szkoda go było. :). I tak kończy się pierwsza część naszego sylwestra w Szczawnicy.

Bonus z Imprezy z okazji 55cio lecia Piwnicy pod baranami - nasze dwa dni z przygodami - CZ2.

Jak już pisałem wcześniej, nie udało nam się polecieć balonem z powodu anomaliów pogodowych i postanowiliśmy, że spróbujemy dostać się do balonu następnego dnia. Wstaliśmy rano we wtorek, około 10stej godziny, dokończyliśmy nasz kubełek i wyszliśmy. Kasia zamknęła pokój na klucz i będąc jeszcze przed drzwiami pokoju, oddała mi moje dokumenty, które włożylem do portwela, a sam portwel do saszetki. Opisuję tę czynność tak dokładnie, ponieważ nie długo cieszyłem się z posiadania portwela. Wyszliśmy z motelu wcześniej wymeldowawszy się i oddawszy klucz od pokoju. “Wszystko mamy”? Zapytała Kasia. No chyba tak odpowiedziałem. Możemy jeszcze sprawdzić. “Dobra, idziemy”. zarządziła Kasia i poszliśmy na przystanek. Przyjechał nasz autobus i po krótkiej “podróży”, wysiedliśmy w okolicach mostu grunwaldzkiego, gdzie zamierzaliśmy spróbować, jeszcze raz, dostać się do balonu. Kiedy wysiedliśmy na miejscu, balon był już odwiązany i przygotowany do lotów, ale nikogo przy nim nie było. usiedliśmy na ławce niedaleko balonu aby zaczekać na kogokolwiek kto mógłby rozpocząć loty. “Zaczekaj, zaraz wracam”. Powiedziała Kasia i odeszła w stronę balonu, gdzie znajdował się kosz na śmieci aby coś wyrzucić, a przy okazji, dowiedzieć się od obsługi, czy w ogóle będą jakieś loty w dniu dzisiejszym, ponieważ wiatr nie zapowiadał niczego dobrego. Ja w tym czasie, otworzyłem saszetkę i stwierdziłem, że kamera którą mieliśmy ze sobą, znajduje się na wierzchu i w każdejk chwili, grozi jej wypadnięcie, a co za tym idzie, zgubienie jej. Przełożyłem więc kamerę na dół i zamknąłem saszetkę. Przyszła Kasia. I co? zapytałem. “No będą latać jak się trochę uspokoji wiatr”. Na razie nic tu po nas. Wstaliśmy i poszliśmy przejść się po rynku, zaglądając do różnych sklepów w tym do tych z ciuchami. Kasia, nie byłaby kobietą, gdyby przegapiła choć jeden taki sklep :). Wreszcie, stwierdziliśmy, że trzebaby wypić jakąś kawę i poszliśmy do kowi heven. Zamówiliśmy kawę i nagle Kasia powiedziała do mnie: “Daj mi kartę, zapłacimy kartą”. Otworzyłem saszetkę aby wyjąć kartę z portwela i jakiesz było moje zaskoczenie, kiedy stwierdziłem, że portwela nie ma. Chyba zgubiłem dokumenty. zakomunikowałem Kasi. “No to pięknie!”. Zezłościła się Kasia. “Teraz musimy zapłacić gotówką, a i za przejazd też musimy płacić jak za cały bilet. Co mnie podkusiło, żeby ci oddawać dokumenty? Gdybym ci ich nie oddała, przynajmniej najważniejsze byśmy mieli, a tak, teraz, trzeba będzie wszystkie wyrabiać i znowu będzie trzeba sięna chodzić.”. Złość Kasi była uzasadniona w pełni, bo i ja kiedy stwierdziłem brak dokumentów, nie byłem w nastroju komedianckim delikatnie mówiąc. “Kiedy mogłeś je zgubić? gdzie?”. Zadawała pytania Kasia. Hmm: nie wiem, ale przychodzą mi do głowy tylko dwa miejsca. Motel i wisła. Siedząc przy kawie, zadzwoniliśmy do motelu i przedstawiliśmy problem. Pan który odebrał, po informował nas, że pokoje sprząta zewnętrzna firma i że on zaraz do nich zadzwoni zapytać, czy czegoś nie znaleźli. Okazało się, że niestety nie znaleźli niczego. Pamiętałem, że Kasia oddawała mi dokumenty przed pokojem, a ja, chowając je nie stałem przed pokojem, tylko byliśmy już na schodach do recepcji. Zasugerowałem recepcjoniście przez telefon, że może dokumenty leżą gdzieś pod schodami ponieważ, schody w tym motelu, zbudowane były jakby każdy stopień osobno tak, że między jednym stopniem a drugim, był dość spory prześwit i może wpadły pomiędzy dwa stopnie, spadając na dół. Po kilku minutach oczekiwania, recepcjonista po informował, że niestety, ale na dole także niczego nie znalazł. “Wobec tego, pozostaje wisła tam, gdzie siedzieliśmy”. Powiedziała Kasia. Eeee no nie wiem. Minął już jakiś czas. Powiedziałem. Myślisz, że jeszcze tam gdzieś leży? “No nie wiem, ale sprawdzić nie zawadzi”. Powiedziała Kasia. Wypiliśmy kawę i pojechaliśmy pod balon. “Ooo zaczęły się loty”. Zauważyła Kasia. Świetnie! spróbujemy się dostać na balon? zapytałem. “Spróbujemy”. Zgodziła się ochoczo Kasia. Podeszliśmy do ławki na której wcześniej siedzieliśmy, a tam, siedział już jakiś gościu. “Przepraszam, czy nie widział pan tutaj może portwela z dokumentami”? Zapytała Kasia. “Hmm: nie. Siedzę tutaj już około godziny”. Odpowiedział. “No to fajnie”. Powiedziała Kasia kiedy już kierowaliśmy się w stronę balonu, aby zająć miejsce w kolejce. Przed nami, do lotu, ustawiona była dość spora grupa dzieci, więc my, byliśmy na szarym końcu. Ponownie zaczął wiać wiatr a jeden z obsługujących, powiedział: “Jeżeli za 15 minut się nie uspokoi loty odwołujemy. Polecą tylko dzieci i na tym koniec”. Jakoś wszystkie dzieci poleciały i z ostatnim dzieckiem, zarządzono koniec lotów aż do 18stej z powodu wiatru. “No to polecieliśmy”. Powiedziała Kasia z żalem. Specjalnie, aby doznać przyjemności lotu, przełożyliśmy nasz wyjazd z popołudnia na wieczór i mimo to, nici z przyjemności, a na dodatek zostałem bez dokumentów. Pięknie. Pomyślałem, nie wyrażając swojego zdania, nie chcąc jeszcze bardziej psuć Kasi nastroju. “Trzeba iść na policję i zgłosić zagubienie dokumentów”. Powiedziała Kasia. Tak też zrobiliśmy. W drodze na posterunek, odwiedziliśmy jeszcze kilka sklepów, a ja, zadzwoniłem na ogólno dostępny numer policji i zapytałem, gdzie jest najbliższy posterunek koło rynku lub dworca kolejowego. Posterunki były dwa. Na ul. Lubicz i na szerokiej. Kiedy byliśmy w drodze do rynku, Kasia zauważyła stojący przy krawężniku, samochód straży miejskiej. Podeszliśmy do strażników i zapytaliśmy ich o najbliższy posterunek policji. Okazało się, że jest jeszcze jeden, owiele bliżej niż Lubicz i Szeroka, bo w samym centrum rynku. Po krótkich poszukiwaniach, znaleźliśmy wskazany nam posterunek. Za czymś co przypominało ladę lub kontuar, siedziało dwóch policjantów i kiedy jednemu z nich wyłożyliśmy nasz problem, ten wskazał na kolegę, a kolega, wyłożył nam całą rzecz: Proszę państwa: Policja, nie zajmuje się już tego typu sprawami. Na policję, można zgłaszać zagubienie prawa jazdy, dowodu rejestracyjnego i to tyle”. “Jeżeli państwo chcą zgłosić zagubienie dowodu osobistego, czy podobnych tego typu dokumentów, muszą państwo udać się do ich wystawcy”. Powiedział drugi policjant i na tym zakończyła się nasza wizyta na posterunku szanownej policji. Nie pozostawało nam nic innego, jak zapłacić za dwa całe bilety i zgłosić całą rzecz we Wrocławskich urzędach. Kiedyś, kiedy zdarzyło mi się zgubić dokumenty, wystarczyło zgłosić całą rzecz na policji, tam, wystawiano odpowiedni świstek o tym, że dokumenty zostały zagubione i można było spokojnie podróżować z tym na dotychczasowych uprawnieniach. Teraz, niestety już tak nie można. Ech! co za kraj. A ma być jeszcze gorzej :). Wróciliśmy do Wrocławia autobusem, płacąc za dwa pełne bilety i pozostało mi się teraz przespacerować, od urzędu do urzętu. Jeszcze w krakowie, zadzwoniłem do banku zastrzec kartę i do urzędu miejskiego, zgłosić zagubienie dokumentów, ale uprzejma pani w urzędzie, powiedziała mi, że przez telefon, nie mogę zgłosić zagubienia dokumentów i że muszę stawić się u nich osobiście. Kurde! co za durnowate przepisy! Całe szczęście, że właśnie w tym dniu kiedy zgubiłem dokumenty, wracaliśmy do domu. A co by było, gdybym wyjechał do Krakowa z zamiarem zostania tam na dłużej? Zapewne musiałbym wracać, żeby zgłosić fakt zagubienia jak najszybciej. A przecież zgłoszenie tego przez telefon, ułatwiłoby wiele spraw, ale nie! Trzeba osobiście i koniec! paranoja! Szczęście w nieszczęściu, że nasz pobyt, ograniczony był do dwóch dni. Nie dość, że ominęła nas przyjemność lotu balonem, to jeszcze zgubiłem dokumenty i te durnowate przepisy! Jak pech, to pech. We wrocławiu byliśmy około czwartej rano i przy okazji, okazało się, że autobus którym wracaliśmy, to ten sam autobus, którym Kasia zawsze po naszym powrocie jechała do pracy 20 minut później. Upewniwszy się u kierowcy, że to ten sam autobus, który odjeżdża 20 po czwartej i przejeżdża przez Świdnicę, Kasia dopłaciła za bilet do Świdnicy i we wrocławiu, pożegnawszy sięz nią wysiadłem,a Kasia pojechała dalej, do pracy. Później po małym rekonensansie, po internecie, wieczorem, Kasia zadzwoniła do mnie i powiedziała mi, że ten balon, to jedyna w polsce latająca platforma widokowa. Kiedy pierwszy raz go zobaczyliśmy, nie przypuszczaliśmy, że tym się lata. Po myśleliśmy, że to tylko zwykła reklama i tyle. Dopiero podczas imprezy wyszło, że można tym latać. Po całym naszym pobycie, zostały nam bilety na lot, ważne cały rok i zamierzamy je wykorzystać, przy najbliższej, nadarzającej się okazji. I to by było na tyle. :). Na koniec powiem jeszcze tyle, że kiedy udałem się do urzędu miejskiego po nowe dokumenty, pani urzędniczka, po informowała mnie, że mogłem spokojnie zgłosić zaginięcie dokumentu w krakowskim urzędzie. Nie musiałem z tym czekać aż wrócę do Wrocławia. Cóż: Człowiek uczy sięcałe życie.

Bonus z Imprezy z okazji 55cio lecia Piwnicy pod baranami - nasze dwa dni z przygodami - CZ1.

Ech! i znowu, długo nic tu nie pisałem, ale i prawdę mówiąc, nie było o czym. Wreszcie, jest okazja aby się znowu pokazać i po wspominać. Niedawno, bo 12stego września, w Krakowie, odbyła się impreza z okazji 55cio lecia Piwnicy pod baranami. Jakiś czas temu, zadzwoniła do mnie Kasia. “Cześć! wiesz, że 12stego września, piwnica robi imprezę z okazji 55cio lecia”? Tak? “Jedziemy”? Eeee no pewnie, że jedziemy! Nie dość, że impreza, to jeszcze będzie tam nasza Tamara. Minął czas jakiś od telefonu Kasi i zbliżał się termin naszego wyjazdu aż wreszcie nadszedł ten dzień. Kilka dni wcześniej, Kasia, zadzwoniła i zapytała: “Czym jedziemy? autobusem? czy pociągiem?” hmm: sam nie wiem. Autobusem, mamy zapewnione miejsca siedzące, ale autobus będzie w Krakowie kilka minut po czwartej. Z koleji pociąg, będzie tam nieco później i dzięki temu, można będzie lepiej zorganizować czas, ale i pociąg odjeżdża z Wrocławia później niż autobus. Sam nie wiem. “No dobra, zobaczymy” powiedziała Kasia i pożegnaliśmy się. W międzyczasie ja, przeszukiwałem noclegi w Krakowie aby znaleść w miarę tani choć niekoniecznie z wszelkimi wygodami. Znalazłem kilka, gdzie napisane było: “najtaniej w krakowie”. Zgadnijcie w jakiej cenie? Założę się, że nie zgadzniecie! :). Najtaniej w Krakowie, to uwaga! 150 PLN za osobę za jedną noc, a my byliśmy we dwoje. Czyli: 200 PLN. Wreszcie i do tych poszukiwań dołączyła się Kasia i tak, znalazła nocleg za 70 PLN w motelu o ornitologicznej nazwie: Trzy kawki. Zarezerwowała nam pokój przez internet i pozostało czekać na wyjazd. Motel trzy kawki, mieści się w pobliżu krakowskiego miasteczka studenckiego, a i w tym motelu, studenci także nocują, jeśli przyjeżdżają do Krakowa na krótko, np. jeśli studiują zaocznie lub mają studia po dyplomowe. Motel ten, akurat jest wręcz stworzony dla krótkiego pobytu. Ot, aby tylko sięprzespać i rano do domu. Pokój w tymże motelu, wyglądał następująco: Choć było nas dwoje, dostaliśmy pokój 3 osobowy, a w nim, 3 metalowe łóżka, szafa na wieszaki, stolik z dwoma krzesłami i na tym koniec. Żadnych udogodnień typu, że łazienka w pokoju, że może czajnik, czy może nawet TV, nie. Nic z tych rzeczy, a wszystko to za jedyne 70 PLN od osoby za noc. Po moich poszukiwaniach noclegu i po przenocowaniu się we wspomnianym motelu, stwierdzam, że studenci pragnący studiować w tym pięknym mieście, są baardzo biedni, jeśli najtaniej w Krakowie najniższa cena wynosi 150 PLN. Chyba, że w tym studenckim miasteczku jest taniej. Sam motel, jak zauważyliście, nadaje się właśnie tylko na jedną noc. Owszem, są tam pokoje o wyższym standarcie, ale za pokój z łazienką, że o tv nie wspomnę, trzeba dać od 150 PLN i więcej, przy czym wymóg jest taki, że rezerwacja musi obejmować minimum dwie noce. Wtedy się to opłaca. Cóż! to motel i tyle! Zdecydowaliśmy się ostatecznie, że do Krakowa, pojedziemy autobusem i kilka minut po czwartej, znaleźliśmy sięw Krakowie. Doba hotelowa w naszym motelu, rozpoczynała się o godzinie 13stej więc, mieliśmy dość sporą rezerwę czasową. Ustaliliśmy telefonicznie przed wyjazdem z obsługą motelu, że będziemy mogli, zostawić plecaki w recepcji bo będziemy grubo przed początkiem doby hotelowej więc kiedy przyjechaliśmy na miejsce, udaliśmy się do motelu i zostawiliśmy plecaki w recepcji tak, jak to było ustalone i poszliśmy coś zjeść. Mogliśmy w prawdzie podjechać do mojej rodzinki, ostatecznie jednak, porzuciliśmy ten pomysł zważywszy, że niedawno zaczął się u nich remont i nie wiadomo było jak daleko posunięte są prace. Zostaliśmy więc w Krakowie i po krótkim szwendactwie, poszliśmy do biura do piwnicznego managera pana Bogdana, po nasze bilety. Kasia wcześniej na stronie piwnicy, wyczytała, że około 14stej, artyści piwniczni, mają zostać uniesieni przez balon a pod balonem, miał być krótki wstęp do wieczornej imprezy. “Gdzie to ma być”? Zapytała Kasia pana Bogdana. “Nad wisłą przy moście grunwaldzkim” odpowiedział pan Bogdan. Wyszliśmy. “Chodźmy zobaczyć, gdzie to jest” powiedziała Kasia i poszliśmy w stronę Wisły. Zeszliśmy na dół nad rzekę na wiślański deptak i tam, jakiś czas sobie spacerowaliśmy. Wreszcie po jakimś czasie, Kasia powiedziała: “Dobra! zobaczmy gdzie jest ten most grunwaldzki, ale zamiast szukać, zadzwoniliśmy do naszej Tamary. Przecież to krakowianka i zna Kraków jak siebie samą. “Cześć Tamara”. Powiedziała Kasia do telefonu. “Gdzie jest ten most Grunwaldzki, przy którym ma być ta impreza o 14stej?”. “Jaki most?” Zapytała Tamara. “No Grunwaldzki” badała nadal Kasia. “Nie wiem” odpowiedziała chyba Tamara ponieważ Kasia powiedziała, zadając kolejne pytanie: “To tam, gdzie jest taki duży balon z napisami: Kocham cię polsko i Kocham Kraków?”. “Jaki balon?” Zapytała znowu Tamara. “No dobra nieważne już” Odpowiedziała Kasia śmiejąc się. Po kilku jeszcze wymianach zdań, rozmowa z Tamarą została zakończona. “Dobra sami znajdziemy” powiedziała Kasia Kierując się na drugą stronę wisły przez most. Rzeczony balon, znajdował się właśnie na przeciwnym brzegu Wisły ku któremu się właśnie kierowaliśmy. Okazało się, że przypuszczenia Kasi były słuszne i że właśnie o ten balon chodziło. Wniosek taki, nasunął się sam, na widok zbierających się pod nim ludzi. Przy balonie, czekała uczestników imprezy niespodzianka. Otóż: Po zakończonej imprezie, zapowiedziano, że teraz, będzie okazja przelecieć się tym właśnie balonem i skorzystać może z tego każdy kto chce. Ustawiliśmy sięi my. Jednak mieliśmy pecha i pecha mieli ci, którzy stali za nami. Po kilku lotach, polecieli piwniczni artyści a kiedy do balonu wsiedli piwniczni muzycy, już z powietrza, zaczęli grać hejnał mariacki. Ubawiliśmy się setnie. Kiedy już piwniczni artyści wszyscy wylądowali, zerwał się wiatr i loty odwołano, a byliśmy już pierwsi w kolejce do balonu i tak, przyjemność lotu nas ominęła. wszyscy ci, którym nie dane było lecieć balonem, dostali bilety na lot ważne przez cały rok. Dostaliśmy i my “Trudno”. Powiedziała zawiedziona Kasia. “Przyjdziemy jutro. Widziałam, że loty zaczynają od ósmej”. Do motelu, przyszliśmy około 17stej aby się przebrać na wieczorną imprezę. Zabraliśmy nasze plecaki z recepcji i poszliśmy do naszego pokoju. Zapomniałem nadmienić, że mieszkaliśmy w tym motelu w tzw. studiu. TZN, Wchodziło się głównymi drzwiami do takiego małego przedpokoju, a na prawo i lewo, znajdowały się pokoje. Dwa pokoje. Przez te główne drzwi, wchodziło się faktycznie do aneksu kuchennego a wspomniany przedpokoik, znajdował się nieco na lewo po wyjściu z aneksu i tu były właśnie te dwa pokoje. Z aneksu, wchodziło się także do wspólnej łazienki, dzielonej na te dwa pokoje. Ale wracając do nas. Weszliśmy do naszego pokoju i przebraliśmy się i poszliśmy na tranwaj do rynku. Impreza odbywała się w teatrze IM. Słowackiego i trwała do północy, a dalsza część dla tych którym było jeszcze mało, mogli iść do piwnicy i tam, oglądać filmy i kontynłować zabawę. My, wruciliśmy do motelu, wcześniej zaopatrzywszy się w jedzenie w KFC. Kupiliśmy duży kubełek, który starczył nam na kolację, którą spożyliśmy po przyjściu do motelu i na poranne śniadanie. Muszę wam powiedzieć, że Duży kubełek w KFC jest naprawdę duży. Ja, choć jem dużo, sam wątpię, czy dałbym radę zjeść cały na raz. Klasik owszem tak, ale tego raczej nie. I tak zakończył się nasz pierwszy z dwóch dni pobytu w Krakowie na imprezie z okazji 55cio lecia Piwnicy pod baranami. CDN.

Relacja z 55cio lecia Piwnicy pod baranami i nasze wrażenia

Witajcie!

Weekend, weekend i po weekendzie, a my, zgodnie z zapowiedziami,pojechaliśmy z Kasią na 55cio lecie piwnicy. Pięknie było! Cała impreza, odbywała się w muzeum inżynierii techniki w starej zajezdni tranwajowej. W związku z tym wydarzeniem, po Krakowie, jeździł stary tranwaj z którego obwieszczano, że odbędzie się taka impreza, a tranwaj ten, jeździł po trasie 13stki, Mieszkańcy Krakowa, zapewne znają tą trasę. A zatem, 3 godziny przed koncertem, stary tranwaj kursował po trasie 13stki Była to trasa, kończąca się w bramach muzeum, i to dosłownie ponieważ, torowisko prowadzące do starej zajezdni, nadal jest czynne i uczęszczane. O 20stej, zaczęła się część koncertowa, która trwała mniej więcej do drugiej w nocy. Po części koncertowej, przyszedł czas, na część spożywczo taneczną. Osoby z zaproszeniami w tym i my, miały prawo, do skorzystania z jednej porcji tego, co serwowano wokół widowiska. Za kolejną porcję, trzeba było już zapłacić. Serwowano tam m.in. kiełbaski i karkuwkę z grilla herbatę, która rozchodziła się jak świeże bułeczki z powodu dokuczającego zimna jakie dało się odczuć późnym wieczorem bo, muszę tu dodać, że wszystko odbywało się na wolnym powietrzu. Jedynie część taneczna w budynku. Na to wydarzenie, zaproszono, kilku wysokich dygnitaży w tym pana Aleksandra Gudzowatego. Trochę byliśmy z Kasią rozczarowani, że na takie wielkie wydarzenie, nie przybyli starzy członkowie piwnicy, ale cóż: być może mieli inne swoje zajęcia. Rozczarowało nas też to, że piwnica, na tak wielki jubileusz, nie zakupiła sztucznych ogni, ale, że piwniczna impreza zbiegła się z wiankami, które w Krakowie są hucznie obchodzone, sztuczne ognie o północy były więc, była to niejako, rekompensata, za brak ogni na piwnicznej nocy świętojańskiej. Ogólnie było świetnie. Po części kabaretowej, poszliśmy skorzystać z dobrodziejstw gastronomicznych a potem, weszliśmy do budynku gdzie zabawa trwała na całego przy jazowym zespole, który zamiast jak na jazowy zespół przystało grać jazowe szlagiery, rżnął porządne rockowe kawałki. Na początku, kiedy tam weszliśmy, zamierzaliśmy chwilę po patrzeć i pójść do motelu, gdzie czekał na nas pokój. W krótce okazało się, że muzyka, im dłużej się tam stało, tym bardziej, zapraszała do zabawy więc, zamiast wyjść, dołączyliśmy do tańczących. Bawiliśmy się do drugiej trzydzieści, choć można było dłużej, ale my, do naszego motelu z muzeum, mieliśmy jakieś 3 kilometry, a w pobliżu zajezdni, o tej porze, nie było nic nocnego, co mogłoby nas zawieść na miejsce. Koniec końców, wyszliśmy i udaliśmy się do naszego motelu. Tu muszę nadmienić co nieco o Krakowskich bazach noclegowych. Zanim wyjechaliśmy, długo przecząsałem internet, aby znaleść coś taniego na jedną noc. I co? Znalazłem! Napisane tam było: “naj taniej w Krakowie”. Wiecie ile? 70 PLN. i to za jedną osobę. Spaliśmy już w wielu miejscachi w różnych miastach za znacznie niższą cenę. Owszem, były noclegi za 25 PLN ale na sali 20sto osobowej ze wspólną łazienką itp. Nie! za takie luksusy to ja dziękuję. Wreszcie, Kasia zarezerwowała nam pokój w motelu, przez jakiś irlandzki portal i zapłaciliśmy 55 PLN za osobę a sam pokój, nadawał siętylko na jedną noc :). W pokoju, znajdowało się łóżko dwu osobowe, szafka na sprzęt rtv, który ktoś wyniósł :P lampa służąca za zastępstwo za kinkiety ponieważ, stojąc na podłodze była dość wysoka i zrobiona z materiału, który w dotyku przypominał folię :). Światło z tej lampy, porównywalne mogło być do właśnie kinkietów. Prócz tego, obok łóżka stała szafka, która na pierwszy rzut oka, wyglądała jak zrobiona z resztek starej zmurszałej szafy, że o ciosać się nikomu nie chciało desek z sęków i tak zbito ten zabytek. łazienka oczywiście wspólna i nazewnątrz i żeby było jeszcze atrakcyjniej, kobiety, miały swoją na górze, tóż przy naszym pokoju, natomiast faceci, do swojej, musieli schodzić piętro niżej. Typowy motel na jedną noc :P. Osobiście, niepolecam nikomu zatrzymywać sie tam na dłużej, niż jedna noc. Jedynie obsługa w tym motelu, była bardzo dobra i miły personel. Młode i uczynne dziewczyny, gotowe pomóc w każdej sytuacji, czy to z dojściem do pokoju, czy to ze znalezieniem kuchni itp. Przez Grzeczność i aby nie pognembić tego motelu, nie wymienię jego nazwy :P. Powiem tylko, że znajduje się on na krakowskim Kazimierzu w pobliżu placu inwalidów. Mieliśmy zostać w Krakowie, jeszcze jeden dzień, ale pogoda zaczęła się psuć więc, już o 13:40 siedzieliśmy w pociągu do Wrocławia. Zresztą, kiedy dojechaliśmy do Krakowa pogoda popsuła się diametralnie i wiele wskazywało, że impreza odbędzie się pod parasolami. Naszczęście pod wieczór, wypogodziło się i nie było żadnych niespodzianek prócz dokuczającego chłodu, ale to już załatwiła rozchodząca się w zastraszającym pempie herbata. Później, jak rozmawialiśmy z artystami i organizatorami, nikt nie spodziewał się takiego nawału ludzi i musieli na szybko uzupełniać catering. Ogólnie wróciliśmy zadowoleni.

Dopisuję to, co sobie przypomniałem do poprzedniego wpisu, nt. Piwnicy Farnej - Suplement!

Jak już uprzednio obiecałem, dopisuję to, co sobie przypomniałem i tak, jeden z występujących zespołów w piwnicy w tym urodzinowym koncercie, nazywał się: “Proforma”, drugi z nich miał w nazwie coś z Gustawem, ale tego już napewno sobie nie przypomnę :P. W komentarzach Stan homer pytał, jak wygląda przygotowanie do takiej imprezy i o kwestję biletów. Otóż, samo przygotowanie, to kwestia zatrudnienia kilku osób w kuchni aby przygotowały coś dla gości i tyle. Sam lokal, to jest taka mniej więcej restauracja ze sceną więc, jeśli chodzi o catering, to wszystko było na miejscu łącznie z winem. Właściciele, wyciągnęli to, co mieli. Jeśli zaś chodzi o bilety i ich cenę, To na tej imprezie, można było się zabawić za jedyne 15 PLN. Dodatkowo, w trakcie koncertu, sprzedawano tzw. cegiełki i kto chciał kupował je za “Co łaska”. Oczywiście, kupowanie cegiełek, nie było obowiązkowe. Szkoda, że klango nie udostępnia w blogach, możliwości umieszczania multimediów, bo mógłbym zamieścić nasze nagrania z kamery. Jeśli nie w wersji video, to przynajmniej po przerobieniu na mp3 w wersji audio. Moglibyście sobie posłuchać jaka fajna była tam atmosfera. A skoro mowa już o piwnicy, to 25tego czerwca w sobotę, Piwnica pod baranami, obchodzi swoje 55cio lecie. Jak nie trudno się domyśleć, ja i Kasia, też tam będziemy, choć w trochę innym charakterze :). I to by było na tyle, jeśli chodzi o uzupełnienie. Traktujcie ten wpis jako suplement :().

Poznańska “Piwnica farna - pod blaszanym kurem” i moje autobusowe przygody :P

Witajcie!

Jakoś ostatnio, dość trudno, jest mi się zmobilizować, żeby coś wreszcie tu napisać, ale też i nie ma oczym ponieważ, ile można czytać o Piwnicy pod baranami no nie? Chyba nawet najbardziej zagorzałemu fanowi znudziłby się ten monotonny temat :). Postanowiłem, że od Krakowa jeśli chodzi o kulturę, daleko nie odbiegnę, choć odległościowo raczej tak. W tej notce, chciałbym, abyście się wraz ze mną i Kasią, przenieśli do Poznania, a tu, mamy przewspaniały lokal, który nazywa się: Piwnica Farna - pod blaszanym kurem. Lokal ten, rok temu, został otwarty, aby mogli tam występować przeróżni artyści sceny poetyckiej. Nasz znajomy Szymon Zychowicz i prawie domownik tamtejszej piwnicy, Piotr Woźniak, także mieli zaszczyt, tam wystąpić, choć Piotr nadal występuje na tamtejszej scenie. Przez Piwnicę Farna, przewinęło się przez ten rok sporo artystów. A w miniony weekend, piwnica właśnie, obchodziła rok swojego istnienia. Z tej okazji, odbył się tam koncert, trwający prawie do rana. Postanowiliśmy z Kasią, że nie może nas tam zabraknąć i pojechaliśmy :). Cała impreza, miała się zacząć o 19:00 godz, ale z pewnych powodów czysto techniczno-organizacyjnych, godzina rozpoczęcia, nieco się przesunęła. Mimo to, mówię wam! warto było czekać. W tym miejscu, muszę dodać, że piwnicę prowadzi przesympatyczne małżeństwo, Agnieszka i Marek. Są to ludzie, o bardzo ciepłym usposobieniu, robiący wrażenie, wiecznie uśmiechniętych. Zwłaszcza pani Agnieszka. Impreza wreszcie się zaczęła i na początek, każdy z uczestników, dostał po kieliszku szampana z truskawką. Po szampanie, kto chciał, mógł się napić wina a do wyboru było wino czerwone i białe. Ponad to, zrobiono tam coś w rodzaju szweckiego stołu. Osoby widzące, zapewne wiedzą jak taki stół wygląda, a tym, którzy nie widzą i nie widzili nigdy takiego stołu, wyjaśniam, że jest to szereg połączonych stołów ze sobą, na których stoi wszystko, co ma do zaoferowania kuchnia danego lokalu. Kiedy zrobiony jest szwecki stół, wszelka żywność kanapki herbata itp. nie są podawane do stolików przez kelnerów, tylko trzeba sobie samemu podejść do takiego szweckiego stołu, i wziąć to, na co mamy ochotę. Biedna Kasia, musiała robić w naszym przypadku za kelnerkę :). Na samym koncercie, prócz Piotra Woźniaka, występował też Wojtek Więckowski, przy czym, zaskoczył niektórych gości ponieważ, znano go z tego, że głównie gra na gitarze, a tam, dodatkowo, wystąpił jako solista. Podobno wydał już płytę. Ponad to, wystąpiły dwa zespoły, których teraz nazw nie pamiętam, ale jak sobie przypomnę, to wyedytuję niniejszą notkę i dopiszę :P. Byli też soliści występujący bez zespołów Których niestety nie znam. Karolina i Joasia. Nazwiska także mi w tej chwili umknęły :P Przemek, znakomity gitarzysta, raczący nas muzyką irlandzką i wielu innych. Szkoda, że Kasia nagrywała na kamerę tylko piosenki bez zapowiedzi, bo teraz mógłbym sięgnąć do materiału video i wszystko byłoby jasne. Odkąd Kasia nabyła kamerę, staramy się wszystko gdziekolwiek jesteśmy, utrwalać. Jedyny ból tej kamery to jej strona techniczna ponieważ, piszą w instrukcji obsługi, że może ona nagrywać film o długości ponad godzinnej, ale producent, niestety, akumulator wmątował do niej taki, że nagranie może trwać max 74 minuty, a następnie, można sobie resztę koncertu jeśli jest dłuższy niż rzeczona godzina, nagrać na własnym dysku, mieszczącym się w naszym mózgu :P. W ten sposób, trzeba z całego koncertu, wybierać tylko te najważniejsze i najciekawsze momenty, ale dobre i to. Zawsze jeszcze są aparaty fotograficzne no nie? :P. Choć kamera, to jednak kamera i basta! :P. Z koncertu jak to my mamy już we zwyczaju, z wielkim pośpiechem, przemieściłliśmy się na poznański dworzec, a o 01:30 mieliśmy pociąg do Wrocławia. Wylądowaliśmy We Wrocku kilka minut przed czwartą i mieliśmy tyle szczęścia, że Kasia zdążyła jeszcze na autobus wracający z Warszawy, który jechał przez Świdnicę więc, Załadowała się do tego autobusu i pojechała do rodziców, a ja, wróciłem do siebie. A wracając, też nie obeszło się bez powiedzmy “Przygód”, które to przygody, tylko przyśpieszyły mój powrót do domu. A było to w skrócie tak: Kiedy Autobus z Kasią odjechał. Poszedłem na mój przystanek z którego powinien odjeżdżać autobus pod mój blok. Kiedy tam stałem czekając na niego, sprawdziłem rozkład w moim telefonie i ku mojemu zdziwieniu i zaskoczeniu, okazało się, że muszę tam stać ponad dwie godziny. Nooo to pięknie! po myślałem sobie. A potem, przypomniałem sobie, że przecież, gdyby nie ten autobus przez Świdnicę, stalibyśmy teraz prawie 3 godziny, czekając na autobus do Dzierżoniowa. Tylko przypadek sprawił, że Kasia, zdążyła na autobus przez Świdnicę. Cóż było więc robić? Stałem na tym przystanku z innymi i z rozmów tych innych, wywnioskowałem, że jeszcze jeżdżą niektóre nocne autobusy, mimo, że była już czwarta. Zerknąłem więc jeszcze raz na mój podręczny rozkład, tym razem na nocny autobus i okazało się, że właśnie odjechał ponieważ, kiedy ja sprawdzałem rozkład, kilka autobusów, odjeżdżało w tym czasie z przystanku. Nie wpadło mi do głowy, żeby zapytać, czy któryś z nich, nie jest tym, o który mi chodzi. Kiedy odjechały wspomniane autobusy, a z nimi zapewne mój, postanowiłem tym razem zapytać, bo ludzi trochę jeszcze zostało. Nadjechał w końcu autobus i właśnie nocny. Zapytany przeze mnie koleś, powiedział mi, że napewno zajadę tam gdzie chcę choć nie powiedział mi jaki to numer. Wsiadając, krzyknął do mnie: “No wsiadaj człowieku! najwyżej się gdzieś przesiądziesz!”. Ba! łatwo mu mówić przesiądziesz się jak nie wiem co to za autobus a przez to, nie wiem gdzie jedzie. “No wsiadaj!” ponaglił mnie i kiedy kierowca już zamykał drzwi, wskoczyłem do autobusu. Mnie interesował autobus o numerze 251 jadący pod mój blok. Tymczasem, ten sam koleś, po informował mnie, że to jest 249 a zatem, jedzie w kierunku odwrotnym niż mój. Znałem trasę tego autobusu ponieważ, często jeździłem wspomnianą trasą kiedyś. Nie wiele czasu zatem zostało do myślenia. “Albo wysiąść na następnym przystanku i dalej stać czekając na mój dzienny te dwie godziny, albo w tym samym celu, wysiąść dwa przystanki dalej ponieważ, trzeci już niestety daleko odbiegał od mojej trasy. Szybko jednak mi ulżyło, ponieważ, rzeczony koleś, znowu, po informował mnie, że ten autobus jedzie do zajezdni. Do zajezdni? hmm: A więc, jedzie w moją stronę i w pewnym momencie zakręca. Cóż: skoro już jestem w tym autobusie i jest jak jest, uspokojony, usiadłem i czekałem znanego mi zakrętu. Wreszcie, zakręt nastąpił, a ja w połowie trasy do domu, wysiadłem. Znowu poszedłem na mój przystanek i czekam. Wedle mojego telefonicznego rozkładu, najbliższy autobus do mnie lub w moje pobliże, miał być za 15 minut. Hmm: 15 minut stania, to nie dwie godziny no nie? przyjechał wreszcie i po kilku minutach, znalazłem się jakieś dwa kilometry od domu. Postanowiłem więc, że zamiast stać bez czynnie, przejdę się ten kawałek. Kiedy już dochodziłem do mojego bloku, zadzwoniła Kasia: “Cześć”! No cześć Kasieńko! “Już jestem w Świdnicy”. Ooo to fajnie, a ja dochodzę do mojego bloku. W skrócie opowiedziałem jej moje perypetie z autobusami, a potem jeszcze siedząc na ławce przed moją bramą, przegadałem z nią ponad pół godziny, zanim zdecydowałem się, że chyba czas wejść do tej bramy, zwłaszcza, że właśnie zaczął padać deszcz. Jeśli kiedykolwiek znajdziecie się w Poznaniu, odwiedźcie Piwnicę Farnę - pod blaszanym kurem. Poznaniacy zapewne wiedzą o jakim lokalu mówię. Znajduje się on w pobliżu rynku, na ul. Plac Kolegiacki 14/15 A jeśli chcielibyście zapoznać się bliżej z imprezami i samą piwnicą, zajrzyjcie na stronę: http://piwnicafarna.pl/ Naprawdę gorąco polecam wam ten lokal.

Czy PZN nadal będzie wyciągał od nas kasę za nic? Czy wreszcie zabierze się do roboty!

W niniejszej notce, chciałbym się zająć sprawami bardziej: Integracyjno-społecznymi. Często wśród ludzi, słyszy się o tym, że tolerancja, integracja, bla, bla ,bla. Pewne pytania, wręcz aż cisną się aby je zadać. Cieszę się, że klango, nie jest platformą zamkniętą w jakimś informatycznym środowisku, tak, jak np. linux czy windows. Cieszy mnie to ponieważ, mimo, że wszystko co piszemy i publikujemy na łamach klango, widać także w innych zakontkach internetu, przypomocy przeglądarek takich jak opera, czy popularny internnet explorer. Dzięki temu, możemy mieć nadzieję, że nasze publikacje, może czasami przypadkowo, ale jednak, trafią gdzieś, gdzie zauważy je ktoś do kogo rzeczywiście są skierowane. Nie piszę tego ot tak sobie gdyż, sprawa którą chcę poruszyć, zajmuje już listy dyskusyjne i inne fora. Nie wszyscy jednak wiedzą o takich listach i nie wszyscy je subskrybują. Oznacza to, że informacje jakie się przekazuje, pozostają tylko w gronie samych zainteresowanych, którzy wiodą spory i rzucają pomysły a i tak, nikt poza nimi tego nie czyta. Celowo napisałem tak długi wstęp ponieważ, pragnę uświadomić niektórym spoza list dyskusyjnych i platformy klango, że zamiatają problem pod dywan. Spytacie pewnie o co mi chodzi? Dobre pytanie! mówię tu o systemach zapowiedzi w tranwajach i autobusach MPK. Ja, jakem wrocławianin, skupię się na Wrocławiu właśnie, choć wiem, że nie tylko we Wrocławiu, problem udźwiękowionych pojazdów istnieje. O wrocławskim problemie, pisałem już na łamach listy dyskusyjnej PZN, a także na liście: Typhlos. Jakoże obie te listy subskrybują osoby niepełnosprawne zgodnie z tym, że skierowane są właśnie do nich, nikt poza nimi nie czyta tego, co siętam pisze. Chyba, że komuś przy okazji coś wyskoczy w googlach, kiedy będzie szukał zupełnie czegoś innego. A zatem: Miasto Wrocław, dawno temu bo jakieś kilkanaście lat wstecz, zakupiło autobusy z udźwiękowioną informacją o przystankach. Kiedy pierwszy raz jechałem takim autobusem, był to możnaby powiedzieć, stary Beriet lub coś zbliżonego do tej marki. Pamiętam to jak dziś, kiedy wsiadłem do autobusu, po kilku metrach, usłyszałem gąg, i męski głos w głośnikach po informował: “Następny przystanek LZN - przystanek na rządanie”. Cud! ludzieeee! cud! autobusy gadają. Znowu kilka metrów przed przystankiem gąg: “LZN, Przystanek na rządanie”. Radość moja nie miała końca, kiedy okazało się, że na innych liniach, również jeżdżą podobne autobusy. Minął jakiś dłuższy czas i znowu podjeżdża autobus Beriet lub podobny. Wsiadam, autobus rusza, a ja podświadomie już słyszę gąg, ale jakież było moje zdziwienie, kiedy po ruszeniu autobusu z przystanku, usłyszałem tylko pracę silnika, a w głośnikach cisza. Rozejrzałem się po dachu wozu myśląc, że może w tym autobusie akurat nie ma systemu zapowiadania. Pomyliłem się jednak, dostrzegając czarne kwadratowe siateczki w tachu. A więc, głośniki są! Dlaczego więc milczą? Z czasem, milkły głośniki na innych trasach, a moja radość malała, i nadzieja na usłyszenie zapowiedzi także. Na mojej trasie jeździły autobusy z męskim i żeńskim głosem. I tak, na kilka lat, pożegnałem się z myślą, że przecież są głośniki więc, to nic, że jest teraz ciemno i nie wiem gdzie jestem. Przecież zaraz usłyszę gąg i dowiem się co to za przystanek. I znowu minął jakiś czas i do wrocławia zawitały wozy marki: Volvo. Wychodzę któregoś dnia z domu, idę na przystanek i widzę, że podjeżdża nowoczesny wóz w żółto czerwonych kolorach. Zamyka drzwi, Ruszamy: Co słyszę?! mój zapomniany gąg, a potem komunikat: “Następny przystanek” ITP. Extra! Tak było znowu przez jakiś czas kiedy za dwa lub trzy lata, wsiadłem do żółto czerwonego Volvo i po zamknięciu drzwi przez kierowcę, usłyszałem gąg, i na tym koniec. Resztę informacji zagłuszył silnik. Zagadka dla tych co zaglądają na mojego bloga: Jak myślicie! Dlaczego komunikat o przystanku zniknął w ryku silnika? Oczywiście, moje pytanie jest tendencyjne. Sam sobie na nie odpowiem tu i teraz. Jak nie trudno się domyśleć, komunikaty zostały wyciszone. I kolejne pytanie z rodzaju tendencyjnych: Dlaczego zostały wyciszone? Ponieważ, i tu są dwie odpowiedzi: 1. Komunikaty, przeszkadzały kierowcom którzy musieli ich słuchać podczas całej swojej pracy a więc, przez 12 godzin. A przecież zamiast wyciszać głośniki, można było, odłączyć głośnik nad głową kierowcy. A tak zupełnie na marginesie, zastanawia mnie fakt: Kto umieszcza głośnik nad głową kierowcy? Przecież komunikaty są dla nas! pasarzerów prawda? Więc, pokiego głośnik w kabinie kierowcy? odpowiedź 2. Komunikaty wyciszono ponieważ, przeszkadzały innym pasarzerom, czyt. widzącym w jeździe do domu po pracy, kiedy marzą o odpoczynku, po męczącym dniu. A także starszym paniom które denerwowały się słysząc co przystanek jego nazwę. Przecież wiedzą gdzie jadą i znają przystanki, po co więc jeszcze gadanie co to za przystanek? To są moji drodzy, podstawowe wytłumaczenia na pytania: Dlaczego wyciszono zapowiedzi. Dzisiaj, głośniki nietylko są wyciszane, ale i całkiem wyłączane. Nic to! Wrocław, zakupił kolejne fajne wozy. W tych autobusach, technika poszła tak do przodu, że teraz, podjeżdża autobus do przystanku i zanim otworzy drzwi, rozlega się gąg na zewnątrz wozu i pani miłym głosem informuje czekających: “Linia 125, kierunek Aleja piastów”. Radość zainteresowanych trwała krótko ponieważ i te głośniki w krótce zamilkły. Autobusy z zewnętrzną zapowiedzią łatwo jest rozpoznać we Wrocławiu ponieważ, mają charakterystyczne poręcze przy drzwiach i w środku też mają sporo znaków rozpoznawczych. Dzięki temu, wiem, że mówię o właściwych wozach, kiedy mówię o zamilknięciu zapowiedzi na zewnątrz. To tyle jeśli chodzi o spostrzeżenia i obserwacje. W tym momencie nasuwa się pytanie: Gdzie do diabła jest Polski związek niewidomych? No gdzie?! Dlaczego nie podjęto żadnej próby zawarcia jakiejś umowy albo nie dokonano żadnego zapisu, regulującego używania systemów zapowiedzi w pojazdach MPK? Gdzie jest pan Piechota? Podobno tak pięknie reprezentuje nas niepełnosprawnych w sejmie. Gdzie on jest? no gdzie?! Niedawno na liście Typhlos, przeczytałem, że Gdańsk boryka się z podobnym problemem. A co na to PZN? Składki płacić każą i na co? na kawę dla widzących sekretarek i prezesów, że o “zarządzie” nawet nie wspomnę?Po co państwo kupuje takie wozy, skoro tylko wózkowicze mają z nich pożytek? Bo trzeba wam wiedzieć, że te wozy dla wózkowiczów, to naprawdę duża wygoda. Wypuszczane pomosty żeby można było wjechać do środka, możliwość pochylenia pojazdu tak, aby wózkowicz miał mniejszą drogę pod górę itp. A niewidomi? Gdzie w tym wszystkim są niewidomi? że o niedowidzących nie wspomnę?! Przecież miasto, które kupuje takie wozy, spewnością zwolnione jest z jakiegoś podatku a jeśli nie, to ma z tego tytułu jakieś inne ulgi. Gdyby były to wozy normalne, bez udogodnień, trzeba byłoby je kupić, za pełną sumę bez możliwości odpisania czegokolwiek, a tak, coś niecoś miastu zwrócono. Dlaczego więc, nie używa się zakupionego sprzętu tak, jak trzeba? A może każde miasto w którym tak się dzieje, najnormalniej w świecie, oszukując państwo, wyłudza zwroty z tytułu zakupionych wozów? A wtedy powstaje pytanie: Co na to państwo? Cóż! odpowiedź jest jedna: Nasze państwo zawsze było oszukiwane i oszukiwało się wewnętrznie przy pomocy licznych urzędasów. Nie ma sięwięc co dziwić, że jest jak jest. Tylko dlaczego instytucja mająca nas reprezentować, wyciąga z naszej kieszeni kasę i milczy? Wszystko da się zrobić, ale trzeba chcieć. Tak! do was to zdanie pracownicy PZN. I tyle w tym temacie.

Nie dziękuję za uwagę.

Kasia na łasce i niełasce lekarzy - Cała prawda o służbie zdrowia i NFZ’CIE.

W tym wpisie, chciałbym poświęcić kilka słów, naszej kochanej służbie zdrowia. Jak zapewne pamiętacie, w tym roku, byłem z Kasią w bieszczadach, gdzie wydarzył się jej niemiły wypadek, na skutek którego, złamała rękę. Ten wpis, należałoby raczej traktować, jako suplement do tamtych, bieszczadzkich przygód. Otóż: Kiedy w Lesku poskładano wreszcie Kasi rękę do jako takiego porządku, lekarz w leskim szpitalu powiedział, że druty jakie założono Kasi, należy wyciągać co miesiąc po jednym tak, aby w przeciągu trzech miesięcy, wyjąć wszystkie z miejsca złamania. Kiedy wróciliśmy do wrocławia i zaczął się dla Kasi okres pełen bólu i oczekiwania na zrośnięcie się złamania i mijał dzień po dniu, tydzień po tygodniu, aż upłynęły wskazane przez lekarza trzy miesiące, druty w ręce Kasi nadal były na swoim miejscu. Kiedy nadszedł czas wyjęcia pierwszego drutu okazało się, że owszem, lekarze w Świdnicy i w jeszcze kilku innych szpitalach, z podziwem oglądali miejsce złamania i “kiwali” głowami nad rewelacyjnym wręcz złożeniem ręki w całość, to jednak żaden z nich, nie podjął najmniejszej próby, usunięcia choćby jednego drutu. Zapewne, każdemu czytającemu, ciśnie się teraz pytanie: “Ale dlaczego?” Odpowiedź jest banalnie prosta: Brak kasy na wykonanie zabiegu. Tak! to, co mieli zrobić Kasi, to nie operacja, a zabieg, Wszystko przy “dobrych wiatrach”, miało się skończyć w góra 15 minut przy miejscowym znieczuleniu. Tymczasem, jak pisałem powyżej, mimo podziwu lekarzy nikt, ale to nikt, nie podjął się wykonania tegoż zabiegu. Czas mijał a ręka Kasi wiodczała na skutek jej nie używania, a nie była używana z powodu tkwiących w niej drutów. I Koło się zamyka. Wreszcie, po trzech miesiącach i odwiedzeniu kilku jeszcze szpitali z powyższym skutkiem,zdecydowaliśmy się na odwiedziny w nfz. celem zasięgnięcia informacji, co robić. Miły pan, po imformował Kasię, że usuną jej druty w policyjnym szpitalu we Wrocławiu. Mieliśmy jeszcze czas do odjazdu Kasi autobusu do Dzierżoniowa więc, udaliśmy się na wskazaną nam ulicę w nfz. Lekarz ortopeda hirurg, obejrzał zdięcie ręki po czym, niemal wybiegł z gabinetu ze zdięciem i wpadł z impetem do gabinetu obok. Tam, siedział kolega lekarza i kiedy wspomniany lekarz wpadł do gabinetu obok, usłyszałem tylko słowa: “Zobacz! co o tym myślisz?” Odpowiedzi tamtego nie usłyszałem, ale za to, usłyszałem głos lekarza, który oglądał Kasi rękę: “Ja też tak myślę”. Po czym już nie śpiesząc się, wszedł do gabinetu, gdzie już dłuższy czas, siedziała Kasia. Ja, tymczasem czekałem na nią w poczekalni. Drzwi do gabinetu zostały otwarte więc, mogłem teraz dokładnie słyszeć rozmowę lekarza z Kasią. “Proszę panią, nie ma na co czekać! to trzeba już wyjąć!”. Lekarz wręcz krzyczał. Robił wrażenie strasznie wzburzonego. “Proszę przyjść na wyjęcie 12stego listopada”. Krótkim dowidzenia w stronę lekarza pożegnaliśmy się i wyszliśmy ze szpitala. Oczywiście, opisuję to wszystko w ogromnym skrócie, pomijając kolejkę do owego lekarza, moje oczekiwanie zanim wspomniany lekarz wybiegł z gabinetu oraz, inne nieważne incydenty, takie jak spóźnienie sięlekarza prawie godzinę ponieważ, jak po półgodzinnym oczekiwaniu, pielęgniarka po informowała czekających, że lekarz ma operację itp. Krótko mówiąc, termin wyjęcia drutów został wyznaczony. Kasia, ucieszona, ale i wystraszona samym zabiegiem, powiedziała: “Nareszcie się tego pozbędę”. Jak do tej pory, wszystko względnie wyglądało ok. Najgorsze zaczęło się w dniu kiedy miał sięodbyć zabieg wyciągania drótów. 12stego listopada, na zabieg przywiózł Kasię jej ojciec choć ja, pytałem czy i ja mogę siędo czegoś przydać. Kasia krótko acz rzeczowo odpowiedziała: “nie, będę z ojcem a potem od razu jedziemy do Świdnicy”. Nadszedł wreszcie 12sty listopada. Obudziłem się z niepokojem i jak na szpilkach, odmierzałem czas wiedząc, że Kasia będzie z ojcem we Wrocławiu już o siódmej rano. Mogłem w prawdzie zadzwonić, ale nie chciałem Kasi dodatkowo stresować więc, sam czekałem na rozwój wypadków, jednocześnie modląc się, żeby znając naszą służbę zdrowia i niektórych lekarzy z autopsji, czegoś nie schrzanili. Około 10tej zadzwoniłem wreszcie do Kasi. Nie odbierała. Coraz bardziej zacząłem się niepokoić. próbowałem co godzinę z powyższym skutkiem i wreszcie około 13:30 dałem za wygraną i odłożyłem telefon. Około 15stej, zadzwoniła Kasia i zmęczonym głosem, oznajmiła mi, że jest na oddziale i że odpoczywa dochodząc do siebie. Hmm: Kasia? na oddziale? dochodzi do siebie? dziwne. Po myślałem, ale nie zadawałem Kasi zbędnych pytań żeby jej nie męczyć, wiedząc, że i tak wszystko mi opowie w odpowiednim czasie. Tak sięstało kilka dni później. Kasia przyjechała do Wrocławia i spotkaliśmy się. Teraz wreszcie, opowiedziała mi to co pamiętała. Kiedy po ustalonym terminie, wychodziliśmy z policyjnego szpitala, Kasia powiedziała do mnie: “Mam nadzieję, że nie będzie mnie operował ten sam lekarz, który mnie oglądał”. Kasia, nie przypuszczała nawet, że jej słowa staną sięprorocze. Jakoś na skierowaniu na zabieg Widniało Nazwisko lekarza: “Stec”. Jak się później okazało, byłto ten sam lekarz, który ją oglądał ku jej “przerażeniu”. Ja, nawet za żartowałem po wyjściu ze szpitala, że jeśli będzie ją operował ten sam lekarz to może zaistnieć taka sytuacja, znając jego porywczość, że nie będzie chciał nawet czekać aż znieczulenie zacznie działać i przedstawiłem żartobliwie Kasi scenkę w której, ów lekarz podaje jej znieczulenie miejscowe, po czym pyta po chwili: “No to co? czuje pani coś jeszcze?” A Kasia na to: “Tak, jeszcze trochę boli”. Na to lekarz stanowczym tonem: “To nie ma na co czekać! to trzeba wyciągać!”. Kasia uśmiechnęła się bez przekonania. Ja też, nie przypuszczałem, że moje słowa okażą się Proroczymi. Może nie odbyło się to tak dosłownie jak w moim żarcie, ale niewiele odbiegało to, co się działo na sali operacyjnej od tego, co ja kilka dni wcześniej, zawarłem w mojej żartobliwej scence. A oto jak wyglądało to z opowiadania Kasi: Kiedy Kasia weszła na salę, powiedziano jej, że cały zabieg, będzie trwał nie dłużej niż kilkanaście minut. Podano jej środek znieczulający miejscowo, co podobno jest normalne, przy tego typu zabiegach i zaczął się zabieg. Lekarz ten porywczy właśnie zabrał się do Kasi ręki. Kiedy otworzył jej rękę, jak to piszą w książkach przygodowych, kiedy bohater widzi niebespieczeństwo, zmartwiał ponieważ, drutów nie było. Po tym, jak rozciął jej rękę dalej, zobaczył druty, które zaczęły już obrastać masą kostną i ledwo było je widać spod zrostu. To właśnie zwłoka z ich wyjęciem, spowodowała ten stan. gdyby wyjęto je na czas tak, jak zalecał to lekarz w Lesku, cała “Zabawa”, rzeczywiście trwałaby kilkanaście minut. Katusze dla Kasi zaczęły się dopiero teraz. Środek znieczulający jaki jej podano, był środkiem podskórnym a zatem, działał tylko w obrębie mięśni, za to kości niestety, nie były już objęte tym środkiem, a przecież, kości, są także unerwione. Czyżby lekarze zapomnieli o tym małym szczególiku? Kiedy lekarz zaczął wyciągać druty Kasia Po czuła okropny ból i powiedziała do lekarza, że zaraz zemdleje. Teraz już nie pamiętam kto, czy lekarz czy pielęgniarka w każdym bądź razie ktoś z nich powiedział: “Musi pani wytrzymać”. Kiedy Kasia zrobiła sięszara na twarzy z bólu, zlitowano się nad nią, i próbowano jej podać środek przeci bólowy. Naturalnie do żylnie. Zrobiono to jednak nieco za późno gdyż Na skutek szoku, żyły w lewej ręce Kasi, zapadły się, i pielęgniarka, bez skutecznie, próbowała odnaleść jakąkolwiek żyłę, żeby wstrzyknąć w nią środek przeciw bólowy. W rezultacie, wyszło mówiąc w ogromnym skrócie, na to, że wyjęto Kasi druty, niemal na żywca Ponieważ, okazało się, że czas obliczony na miejscowe znieczulenie, skończył się i znieczulenie, także przestało działać. Kiedy po skończonym zabiegu Kasia zaczęła personelowi medycznemu “Lecieć” przez ręce, zdecydowano, że położą ją na oddziale. Ot i wszystko. A o ileż prościej, wszystko odbyłoby się, gdyby zamiast podawać jej środek miejscowego znieczulenia, od razu by ją uśpili, a wtedy lekarz, mógłby sobie w jej ręce grzebać do sądnego dnia bez żadnych komplikacji i zaoszczędzili by jej cierpień, a sobie dodatkowych utrudnień. Kasia była tego samego zdania co ja. Cóż jednak zrobić, skoro nasza służba “zdrowia”, woli strajkować, nfz. narzekać na brak kasy która zapewne w większości idzie na samochody dla prezesów tegoż nfz i inne wewnętrzne wydatki narodowego funduszu “zdrowia”. Podobno, “Jak cię widzą, tak cię piszą”. Spójrzmy więc, na naszych poczciwych lekarzy. Ten, który operował Kasię, zapewne był dobrym lekarzem, ale tylko lekarzem. Zabrakło mu ludzkich odróchów. Od razu widać, że nie oglądał ani jednego odcinka “Na dobre i na złe”. :). Lekarze, ci prawdziwi, ci którzy nas leczą, a nie ci filmowi, powinni brać przykład z lekarzy z Leśnej góry, jak należy podejść do pacjęta i że pacjęt, to przede wszystkim człowiek i istota czująca, a dopiero potem, jest to pacjęt właściwy. To samo tyczy się funduszu narodowego “Zdrowia”, który trwoni naszą kasę, płaconą na ubespieczenie zdrowotne, na swoje podejrzane machinacje. A ty człowieku, cierp, albo udaj się do prywatnego specjalisty. Apropo: Jak się dowiedziałem, Wyjęcie drutów w Kasi przypadku, a było ich 3 prywatnie, kosztowałoby to, uwaga! 1000 PLn tylko nie wiem czy za drut, czy za całość. Jeśli za drut, to nie trudno sobie wyobrazić całą resztę. A śmię przypuszczać, że jednak za drut. I to jest właśnie nasza służba zdrowia. Cierpienia Kasi, czyli cały “zabieg”, trwał prawie: 40 minut. A miał trwać przypominam: kilkanaście. Moja rada: uważajcie jak chodzicie nawet na prostej drodze i nie chorujcie, nie chorujcie, nie opłaca się.

Aura - program dla lubiących dźwięki przyrody - polecam szczególnie.

Witajcie!

W tej notce, chciałbym się z wami po dzielić, ciekawym programem jaki dostałem od znajomego. Program ten, nosi nazwę: “Aura”. Świetny program dla tych, którzy lubią dźwięki przyrody. Genialność programu polega na tym, że program wie kiedy jest wschód a kiedy zachód słońca w naszej szerokości geograficznej a przy współpracy z programemm odczytującym pogodę, wie też, jaka jest pogoda w naszym rejonie i odtwarza stosowne tło do tego, co mamy za oknem. Np. kiedy u nas leje deszcz, program odtwarza ulewę i jeśli towarzyszy temu burza, program odtwarza ulewę wraz z burzą. Analogicznie ma się sprawa z piękną pogodą za naszym oknem. W programie użyto także tła muzycznego które, dodatkowo umila nam czas w trakcie relaksu z aurą. Inna genialność programu polega także na tym, że program odtwarza dźwięki w systemie sourand. Im wiecej mamy głośników do naszej dyspozycji, tym efekty są ciekawsze. Najlepiej słuchać całej imprezy, na głośnikach podwieszanych tak zwanych satelitach. Wtedy mamy wrażenie, jakbyśmy byli w otaczającym nas lesie z każdej strony. Z przodu z tyłu itp. W programie użyto dwóch szablonów dźwiękowych: “Las w dzień” oraz, “Las w nocy”. Kiedy zbliża się noc, program sam przełączy nam tło na nocne i na otwrót. Dźwięki w programie, pochodzą z lasów tropikalnych dla większego efektu. Doskonała zabawa i relaks. Polecam każdemu. Myślę, że osoby niewidome, docenią ten program szczególnie. Wspomniany program można pobrać z linku: http://aura.softonic.pl/ Wersja freeware. Program działa w tle, a swoją ikonę umieszcza w trayu. Dzięki temu, można pracować delektując się przyrodą, a przy tym, nie przeszkadza nam okno programu w innych czynnościach jakie wykonujemy na komputerze. Program jest w języku polskim. Posiada też panel w którym, możemy ustalić, jakie dźwięki chcemy słyszeć a jakich nie. Jak się trochę po bawicie programem sami dojdziecie co, gdzie i jak. Dźwięk jest bardzo wysokiej jakości i dzięki temu, słyszymy las w pełni realistycznie.

Miłych wrażeń z programem “Aura”.

Następna strona »